piątek, 31 lipca 2015

TYGODNIK w 5 MINUT nr 4/2015. MOJA GAZETA 30 LIPCA 2015



Guzicki poprawia skarb(ówkę).
Artur Guzicki – specjalista od gromów kierowanych w nieokreślone z adresu urzędy skarbowe, postanowił dowiedzieć się ile czasu trwa zwrot nadpłaty podatków. Aby zaspokoić głód wiedzy zwrócił się do urzędników z… „ministerstwa skarbu”. Oczywiście podatki i ich rozliczenie to ważny narodowy skarb, jednak równie dobrze – jeśli nie lepiej – byłoby, gdyby redaktór wysłał swoje lamenty na urzędy skarbowe do np. Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Tam przynajmniej byłaby szansa trafić do jakiejś galerii. Absurdu.
Może by się tak redaktorzy dogadali?
W artykule „Uciekające pieniądze” Paweł Skrzypczyński pisze o problematyce zwrotu podatku VAT: „(…) Przecież równie dobrze, za takie pieniądze można zatrudnić pracownika w urzędzie albo zlecić to działanie któremuś z już zatrudnionych. To tylko kwestia szkolenia i zapoznania się z przepisami”. W komentarzu do artykułu – naczelny znawca podatków Mojej Gazety (wymieniony wyżej), pisze natomiast: „(…) procedury związane z odzyskaniem podatku VAT są skomplikowane” i wskazuje na Regionalną Izbę Obrachunkową jako właściwe miejsce badań.
Pogodzę obu redaktorów. (…) w okresie 2001–2011 zostało przeprowadzonych łącznie 1600 zmian). Prym w niestabilności (czyt.: częstej liczbie zmian) prawa podatkowego wiedzie ustawa o podatku od towarów i usług. Przez siedem lat od wejścia w życie ustawy VAT (w 2004 roku) zmieniono 698 przepisów, natomiast sam artykuł 2 (dotyczący definicji słownikowych) został zmieniony aż 14 razy. Także na tle innych krajów Polska stabilność prawa VAT wypada nie najlepiej. W okresie 2004–2014 ustawa o podatku od towarów i usług była zmieniana łącznie 39 razy, czyli prawie dwa razy częściej niż w tym samym okresie w Austrii i na Słowacji” (za Centrum Badań i Analiz. Pracodawcy RP). Zapraszam obu panów na szkolenie i zapoznanie się z przepisami.
Przegwizdane
Rafał Makuch opisuje kręte ścieżki konkursu na dyrektora zespołu szkół w Wiechlicach. Ma się on ostatecznie odbyć w sierpniu, a na stanowisko kandydują jeszcze koalicjanci: Cecylia Brodzińska (PO) i Jan Suchecki (PSL). Publikacja wzbogacona jest fotografią jedynie pana Jana. Podpis pod fotką jest ściśle związany z tematem artykułu: „Jan Suchecki od lat związany jest ze środowiskiem sędziowskim. Aktualnie pełni funkcję Przewodniczącego Lubuskiego Kolegium Sędziów”. Albo pani Cecylia albo uczniowie mają przegwizdane?
NADZIEJA W RODZINCE
Pałająca co tydzień świętym oburzeniem na panujące powszechnie kumoterstwo, kolesiostwo i nepotyzm, Wasza Gazeta z satysfakcją donosi o zmianie na stanowisku prezesa Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Lubsku. Z nadzieją wita na stanowisku Marcina Gołębiewskiego, który jest synem prezesa spółdzielni mieszkaniowej. Informacja o ojcu nie jest bez znaczenia, bo redakcja podziela nadzieje burmistrza Lubska: „Lech Jurkowski w tym rodzinnym powiązaniu widzi szansę na skuteczną pracę. Liczy, że dzięki współpracy ojca z synem gmina pozbędzie się problemu brakujących deklaracji śmieciowych”. Zapewne wszystko co nie dotyczy Wacława Maciuszonka, Wiesława Polita i Radosława Pogorzelca dla Gazety jest dozwolone.
NA BACHORACH NIE ZAROBISZ
Bartosz Sulczewski pochylił się nad ciężkim losem rodziny Femlaków, która dostaje „zaledwie” 1000 zł miesięcznie na każde z dziewięciorga dzieci, którymi się opiekują w imieniu państwa. Zdaniem redaktora i państwa Femlaków kwota 108.000 zł rocznie nie wystarczy na zapewnienie dzieciom wypoczynku letniego. Zarówno redaktor jak i Femlakowie w dupie mają rodziny wychowujące np. trójkę własnych dzieci z dochodami netto nie przekraczającymi 2 tysięcy miesięcznie. Na całą rodzinę. Redaktor ze współczuciem donosi: (…) małżeństwo dawno już straciło nadzieję na zarobek. Femlakowie do pomocy obcym dzieciom od lat dokładają”. Istna tragedia.
GUZICKI POPRAWIA HISTORIĘ
Oczywistością są fakty:
- że z woli i zimnej kalkulacji Związku Sowieckiego „pomoc” udzielona Armii Krajowej w Wilnie (Akcja „Burza”) miała na celu głównie bezkrwawe zajęcie miasta i skuteczne rozpracowanie polskiego podziemia przed masowymi aresztowaniami
- że w Warszawie wojska sowieckie z pełnym cynizmem postanowiły wspomóc „samozniszczenie” i zniszczenie Polaków poprzez wstrzymanie się od jakichkolwiek działań (poza nielicznymi i raczej symbolicznymi aktami wsparcia). Jednak zarzucanie Rosjanom, że atakowali powstańców – to wyjątkowo wredna i obliczona na powszechną niewiedzę historyczną czytelników nieprawda. Guzicki wspominając dwóch nieżyjących już uczestników Powstania Warszawskiego, późniejszych lekarzy w szpitalu wojskowym w Żarach, wciska drańskie kłamstwo: „(…) ‘Jurand’ musiał swoich rannych bronić nie tylko przed Niemcami, którzy po upadku Powiśla chcieli rozstrzelać medyczny personel szpitala, ale także przed Sowietami (podkr. M.Sz.), którzy zza Wisły ostrzeliwali polową lecznicę”
Jest wielu redaktorów, którzy zdecydowanie za późno się urodzili i teraz chcieliby się wykazać, wyobrażając sobie, że ich klawiatura to „Vis”, a amunicja to - seriami wypuszczane wyjątkowe głupoty. Niechby Guzicki poczytał:
„Pamiętam na Wilanowskiej, gdzie „Radosław” miał swoją kwaterę, ja też byłem wtedy przy nim, byli ranni w piwnicach, byli „berlingowcy” i Niemcy atakowali nas. Podchodzili już pod samą kamienicę. Z pierwszego i z drugiego piętra ostrzeliwaliśmy się, ale był taki moment, że już by na pewno wtargnęli, bo dużą siłą, z dwoma czołgami, podeszli bardzo blisko. Wtedy przez radiotelefon wezwaliśmy ogień artylerii po nas, po naszym kwadracie. Jak radiotelegrafista podał żeby po naszym kwadracie strzelali, to tam powiedzieli: „To przecież wy tam jesteście!”, a on mówi tak: „Niemcy są przy kamienicy naszej”. Tylko dzięki tej artylerii wtedy zza Wisły, Niemcy zostali odparci, bo my już nie dali byśmy rady, dostalibyśmy się wtedy do niewoli. To był taki moment. „Radosław” już kazał dziurę z piwnicy rozbić, aby móc na tyły się wycofywać. No i już prawie byłaby beznadziejność, bo Niemcy byli z frontu a my na tyły i jeszcze [byśmy] się uratowali. Dzięki tej artylerii, nigdy tego nie zapomnę, zostaliśmy ocaleni.”
Fragment wspomnień generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego ps „Motyl”. Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego
Finezja
Paweł Skrzypczyński odwiedził „Muzeum na Kółkach” – mobilną wystawę Muzeum Żydów Polskich POLIN. Opisał krótko trzydniowy pobyt wystawy w Żarach i nadał temu wyjątkowo finezyjny tytuł… „Żydzi na żarskim bruku”. Już raz byli. W 1938 roku.
Kiedy było świetnie?
Zdaniem redakcji Waszej Gazety było to wtedy, gdy „tuplicki dworzec kolejowy tętnił życiem. Stacja była ostatnią i zarazem pierwszą w Polsce. Tu zatrzymywały się wjeżdżające i wyjeżdżające z Polski pociągi. Tu funkcjonował Urząd Celny i Straż Graniczna i wysiadali celnicy oraz funkcjonariusze Straży Granicznej. Wszystko skończyło się wraz z traktatem Schengen i wejściem Polski do Unii Europejskiej”. Rzeczywiście było świetnie. Te kontrole graniczne, te ukochane służby PRL-u, które już nie krzątają się wokół dworców ani w Tuplicach, ani w o wiele ważniejszym Rzepinie. Te cudowne prośby, łapówki i znajomości przy zdobyciu paszportu. Ten handelek z pokonywaniem granic „demoludów” i słynących z uprzejmości funkcjonariuszy granicznych. Wszystko to się skończyło. Nawet nie ma jak się poskarżyć do „Trybuny Ludu”.

... ale jest gdzie powspominać. Na zdjęciu pas przygraniczny między Polską a Rosją na Mierzei Wiślanej. (fot za www.racibo.pl)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz