Guzicki poprawia
skarb(ówkę).
Artur
Guzicki – specjalista od gromów kierowanych w nieokreślone z adresu urzędy
skarbowe, postanowił dowiedzieć się ile czasu trwa zwrot nadpłaty podatków. Aby
zaspokoić głód wiedzy zwrócił się do urzędników z… „ministerstwa skarbu”. Oczywiście podatki i ich rozliczenie to ważny
narodowy skarb, jednak równie dobrze – jeśli nie lepiej – byłoby, gdyby
redaktór wysłał swoje lamenty na urzędy skarbowe do np. Ministerstwa Kultury i
Dziedzictwa Narodowego. Tam przynajmniej byłaby szansa trafić do jakiejś
galerii. Absurdu.
Może by się tak
redaktorzy dogadali?
W
artykule „Uciekające pieniądze” Paweł
Skrzypczyński pisze o problematyce zwrotu podatku VAT: „(…) Przecież równie dobrze, za takie pieniądze można zatrudnić
pracownika w urzędzie albo zlecić to działanie któremuś z już zatrudnionych. To
tylko kwestia szkolenia i zapoznania się z przepisami”. W komentarzu do
artykułu – naczelny znawca podatków Mojej Gazety (wymieniony wyżej), pisze
natomiast: „(…) procedury związane z
odzyskaniem podatku VAT są skomplikowane” i wskazuje na Regionalną Izbę Obrachunkową
jako właściwe miejsce badań.
Pogodzę
obu redaktorów. „(…) w okresie 2001–2011
zostało przeprowadzonych łącznie 1600 zmian). Prym w niestabilności (czyt.:
częstej liczbie zmian) prawa podatkowego wiedzie ustawa o podatku od towarów i
usług. Przez siedem lat od wejścia w życie ustawy VAT (w 2004 roku) zmieniono
698 przepisów, natomiast sam artykuł 2 (dotyczący definicji słownikowych)
został zmieniony aż 14 razy. Także na tle innych krajów Polska stabilność prawa
VAT wypada nie najlepiej. W okresie 2004–2014 ustawa o podatku od towarów i
usług była zmieniana łącznie 39 razy, czyli prawie dwa razy częściej niż w tym
samym okresie w Austrii i na Słowacji” (za Centrum
Badań i Analiz. Pracodawcy RP).
Zapraszam obu panów na szkolenie i zapoznanie się z przepisami.
Przegwizdane
Rafał
Makuch opisuje kręte ścieżki konkursu na dyrektora zespołu szkół w Wiechlicach.
Ma się on ostatecznie odbyć w sierpniu, a na stanowisko kandydują jeszcze
koalicjanci: Cecylia Brodzińska (PO) i Jan Suchecki (PSL). Publikacja
wzbogacona jest fotografią jedynie pana Jana. Podpis pod fotką jest ściśle
związany z tematem artykułu: „Jan
Suchecki od lat związany jest ze środowiskiem sędziowskim. Aktualnie pełni
funkcję Przewodniczącego Lubuskiego Kolegium Sędziów”. Albo pani Cecylia
albo uczniowie mają przegwizdane?
NADZIEJA W RODZINCE
Pałająca
co tydzień świętym oburzeniem na panujące powszechnie kumoterstwo, kolesiostwo
i nepotyzm, Wasza Gazeta z satysfakcją donosi o zmianie na stanowisku prezesa
Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej w Lubsku. Z nadzieją
wita na stanowisku Marcina Gołębiewskiego, który jest synem prezesa spółdzielni
mieszkaniowej. Informacja o ojcu nie jest bez znaczenia, bo redakcja podziela
nadzieje burmistrza Lubska: „Lech
Jurkowski w tym rodzinnym powiązaniu widzi szansę na skuteczną pracę. Liczy, że
dzięki współpracy ojca z synem gmina pozbędzie się problemu brakujących
deklaracji śmieciowych”. Zapewne wszystko co nie dotyczy Wacława
Maciuszonka, Wiesława Polita i Radosława Pogorzelca dla Gazety jest dozwolone.
NA BACHORACH NIE
ZAROBISZ
Bartosz
Sulczewski pochylił się nad ciężkim losem rodziny Femlaków, która dostaje „zaledwie”
1000 zł miesięcznie na każde z dziewięciorga dzieci, którymi się opiekują w
imieniu państwa. Zdaniem redaktora i państwa Femlaków kwota 108.000 zł rocznie nie
wystarczy na zapewnienie dzieciom wypoczynku letniego. Zarówno redaktor jak i
Femlakowie w dupie mają rodziny wychowujące np. trójkę własnych dzieci z
dochodami netto nie przekraczającymi 2 tysięcy miesięcznie. Na całą rodzinę. Redaktor
ze współczuciem donosi: (…) małżeństwo
dawno już straciło nadzieję na zarobek. Femlakowie do pomocy obcym dzieciom od
lat dokładają”. Istna tragedia.
GUZICKI POPRAWIA
HISTORIĘ
Oczywistością
są fakty:
-
że z woli i zimnej kalkulacji Związku Sowieckiego „pomoc” udzielona Armii
Krajowej w Wilnie (Akcja „Burza”) miała na celu głównie bezkrwawe zajęcie
miasta i skuteczne rozpracowanie polskiego podziemia przed masowymi
aresztowaniami
-
że w Warszawie wojska sowieckie z pełnym cynizmem postanowiły wspomóc
„samozniszczenie” i zniszczenie Polaków poprzez wstrzymanie się od
jakichkolwiek działań (poza nielicznymi i raczej symbolicznymi aktami
wsparcia). Jednak zarzucanie Rosjanom, że atakowali powstańców – to wyjątkowo
wredna i obliczona na powszechną niewiedzę historyczną czytelników nieprawda.
Guzicki wspominając dwóch nieżyjących już uczestników Powstania Warszawskiego,
późniejszych lekarzy w szpitalu wojskowym w Żarach, wciska drańskie kłamstwo: „(…) ‘Jurand’ musiał swoich rannych bronić
nie tylko przed Niemcami, którzy po upadku Powiśla chcieli rozstrzelać medyczny
personel szpitala, ale także przed Sowietami
(podkr. M.Sz.), którzy zza Wisły
ostrzeliwali polową lecznicę”
Jest
wielu redaktorów, którzy zdecydowanie za późno się urodzili i teraz chcieliby
się wykazać, wyobrażając sobie, że ich klawiatura to „Vis”, a amunicja to - seriami
wypuszczane wyjątkowe głupoty. Niechby Guzicki poczytał:
„Pamiętam na
Wilanowskiej, gdzie „Radosław” miał swoją kwaterę, ja też byłem wtedy przy nim,
byli ranni w piwnicach, byli „berlingowcy” i Niemcy atakowali nas. Podchodzili
już pod samą kamienicę. Z pierwszego i z drugiego piętra ostrzeliwaliśmy się,
ale był taki moment, że już by na pewno wtargnęli, bo dużą siłą, z dwoma
czołgami, podeszli bardzo blisko. Wtedy przez radiotelefon wezwaliśmy ogień
artylerii po nas, po naszym kwadracie. Jak radiotelegrafista podał żeby po
naszym kwadracie strzelali, to tam powiedzieli: „To przecież wy tam jesteście!”, a
on mówi tak: „Niemcy są przy kamienicy naszej”. Tylko dzięki tej artylerii wtedy zza Wisły, Niemcy
zostali odparci, bo my już nie dali byśmy rady, dostalibyśmy się wtedy do
niewoli. To był taki moment. „Radosław” już kazał dziurę z piwnicy rozbić, aby
móc na tyły się wycofywać. No i już prawie byłaby beznadziejność, bo Niemcy
byli z frontu a my na tyły i jeszcze [byśmy] się uratowali. Dzięki tej artylerii, nigdy tego nie zapomnę,
zostaliśmy ocaleni.”
Fragment wspomnień
generała Zbigniewa Ścibor-Rylskiego ps „Motyl”. Archiwum Historii Mówionej
Muzeum Powstania Warszawskiego
Finezja
Paweł
Skrzypczyński odwiedził „Muzeum na Kółkach” – mobilną wystawę Muzeum Żydów
Polskich POLIN. Opisał krótko trzydniowy pobyt wystawy w Żarach i nadał temu
wyjątkowo finezyjny tytuł… „Żydzi na żarskim bruku”. Już raz byli. W 1938 roku.
Kiedy było świetnie?
Zdaniem
redakcji Waszej Gazety było to wtedy, gdy „tuplicki
dworzec kolejowy tętnił życiem. Stacja była ostatnią i zarazem pierwszą w
Polsce. Tu zatrzymywały się wjeżdżające i wyjeżdżające z Polski pociągi. Tu
funkcjonował Urząd Celny i Straż Graniczna i wysiadali celnicy oraz
funkcjonariusze Straży Granicznej. Wszystko skończyło się wraz z traktatem
Schengen i wejściem Polski do Unii Europejskiej”. Rzeczywiście było
świetnie. Te kontrole graniczne, te ukochane służby PRL-u, które już nie
krzątają się wokół dworców ani w Tuplicach, ani w o wiele ważniejszym Rzepinie.
Te cudowne prośby, łapówki i znajomości przy zdobyciu paszportu. Ten handelek z
pokonywaniem granic „demoludów” i słynących z uprzejmości funkcjonariuszy
granicznych. Wszystko to się skończyło. Nawet nie ma jak się poskarżyć do
„Trybuny Ludu”.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz